POLITYKA REALNA CZY DEMAGOGIA
Wielu patriotów ma wspaniałe marzenia i oczekiwania dotyczące naszej Ojczyzny. Ale polityka to nie życzenia, lecz zimna i bezwzględna rzeczywistość. Niestety, w okresie po ’89 roku nie zrobiono wiele w sprawie politycznej edukacji społeczeństwa oderwanego na pięćdziesiąt lat od normalnego funkcjonowania. Warto więc przypomnieć elementarne prawdy związane z polityką.

Prawo ograniczonego wyboru

Kiedy pisałem niedawno o konieczności ustępstw na rzecz sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi (Drugi Izrael czy PRL?, iPP, nr 4/5 2011), który umożliwiłby nam wyjście z roli rosyjsko-niemieckiego kondominium, pewien internauta tak to skomentował:

Pytanie jest takie, a czemu nasza Polska nie może być potęgą, tak jak była nią, kiedy sięgała od morza do morza? Bo rządzą nami idioci i kretyni, którzy zamiast budować potęgę własnego państwa, szukają kogoś do spółki, żeby nam pomagał, bo nie potrafimy! A jak wiadomo, mówiły jaskółki, że niedobre są spółki!

Ten komentarz ujawnia przynajmniej dwa mity obecne w naszym społeczeństwie. Pierwszy dotyczy niezrozumienia ograniczenia wolności wyboru – a czemu nasza Polska nie może być potęgą? Oczywiście teoretycznie może i dałby Bóg, by kiedyś była, ale w istniejących okolicznościach jest to całkowicie nierealne. Można by to pytanie postawić w sierpniu ’39 – z historii wiemy, że nie mieliśmy szans na pokonanie samego Hitlera, a cóż dopiero sprzymierzonego ze Stalinem. Ówczesna propaganda – „silni, zwarci, gotowi” – była oczywiście bardzo przyjemna, ale jak opiszemy uczucia naszych dziadków, gdy uciekając przed Niemcami, wpadali w łapska Sowietów? Na tym właśnie polega lekceważenie prawa ograniczonego wyboru.

W ’39 Polska mogła albo sprzymierzyć się z Hitlerem, albo zginąć. Właśnie dlatego wybitny przedwojenny żołnierz i polityk – pułkownik Walery Sławek – popełnił samobójstwo na wieść o sojuszu z Wielką Brytanią. Rozumiał, że określone przyczyny muszą zrodzić konkretne skutki. Sojusz z Wielką Brytanią nie tylko nie dawał nam żadnych realnych korzyści, ale jasno ustawiał nas na celowniku Hitlera. Adolf dobrze wiedział, że w zaistniałej sytuacji uderzenie na Francję i Anglię oznacza wojnę na dwa fronty, bo honorowi i naiwni Polacy zaatakują. Natomiast wojna z Polską oznaczała rozprawienie się z przeciwnikiem słabszym i opuszczonym przez cynicznych „sojuszników”. Pułkownik Sławek nie łudził się nadzieją, że „jakoś to będzie”, że przyszłość nie może być aż tak straszna, jak ją niektórzy malują. Dla człowieka całkowicie oddanego polityce nie było życia bez wolnej Polski, dlatego je sobie odebrał. (Jak się później okazało, rzeczywistość była jeszcze gorsza – nie tylko opuścili nas sojusznicy, ale przyszło nam walczyć na dwa fronty.)
Możemy żyć albo złudzeniami, albo realiami. Realnie na sytuację patrzyli Jagiełło i Piłsudski. Pierwszy nie poszedł za głosem idyllicznie myślących doradców i wybrał sojusz z „poganami i heretykami”, by pokonać Zakon Najświętszej Marii Panny. Wiedział, że sam nie da rady, więc miał dwie możliwości: zostać w nieodległej perspektywie lennikiem Krzyżaków albo zawiązać przeciwko nim jak najszerszą koalicję. Piłsudski w drodze do niepodległości był socjalistą, terrorystą, współpracownikiem kilku wywiadów, legionistą na służbie zaborcy, by w końcu zostać Naczelnikiem Wolnej Polski! On wiedział, że w danej sytuacji mamy tylko realne wyjścia, które niekoniecznie odpowiadają naszym marzeniom czy ideałom, ale do nich przybliżają – choćby odrobinę.

“Albo, który król, wyruszając na wojnę z drugim królem, nie siądzie najpierw i nie naradzi się, czy będzie w stanie w dziesięć tysięcy zmierzyć się z tym, który z dwudziestoma tysiącami wyrusza przeciwko niemu? Jeśli zaś nie, to gdy tamten jeszcze jest daleko, wysyła poselstwo i zapytuje o warunki pokoju.”
Łuk. 14:31-32

Prawo złożoności zjawisk

Mój internetowy adwersarz sam sobie odpowiedział na pytanie o brak silnej Polski: „Bo rządzą nami idioci i kretyni”. Jestem pewien, że siebie za takiego nie uważa, ale jestem też pewien, że gdyby jakimś cudem stanął za sterami naszych rządów, wcale nie byłoby lepiej. Rządzenie współczesnym państwem jest rzeczą wysoce skomplikowaną, a rządzenie państwem postkomunistycznym przypomina zadanie zlecone Heraklesowi przez Augiasza, ale bez dostępu do oczyszczających rzek. Do zmiany systemu patrioci podchodzili już dwukrotnie. Raz w 1992r., wtedy dostaliśmy od sowieciarzy „lewym czerwcowym”, i drugi w 2005r., czego następstwem był spisek smoleński. (Niebywałe, że w obu operacjach jawnie brał udział ten sam człowiek, który do dziś utrzymuje się na szczycie politycznych sondaży! Fakt ten rodzi pytania, czy temu społeczeństwu da się w ogóle jeszcze cokolwiek wytłumaczyć…)

Te dwie klęski nauczyły nas pewnej mądrości i dały rozeznanie, z jakim przeciwnikiem i z jakimi problemami walczymy. Musimy sobie uświadomić, że nie ma cudownych recept na uzdrowienie państwa w ciągu krótkiego czasu. Czeka nas naprawdę syzyfowa praca, dlatego musimy uzbroić się w mądrość, cierpliwość i wytrwałość. Musimy obierać sobie przywódców zrównoważonych, sprytnych, odpornych na zniechęcenie i konsekwentnych, a gdy trzeba – stanowczych. Musimy ich lojalnie wspierać nawet pomimo doraźnych porażek czy niepowodzeń.

Prawo przyczynowości

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – pisał Andrzej Frycz Modrzewski w traktacie „O naprawie Rzeczypospolitej”. Współcześnie i dosadnie ujął to Wiktor Suworow: „Każdy naród zasługuje na taki rząd, jaki ma” („Rosja umiera” – rozmowa z W. Suworowem, iPP, nr 4/5 2011). Nie pomstujmy więc na naszych złych sąsiadów, Żydów i masonów. Uznajmy wreszcie, że źle nam się dzieje głównie z naszej winy. Jest w tym stwierdzeniu spora doza optymizmu! Jeśli nasz stan jest naszą winą, to mądrzejąc, możemy liczyć na odwrócenie naszych losów.

Magazyn iPP nr 85, sierpień 2011