Magazyn iPP nr 27, październik 2006

Płonąca świeca, okrągły stolik, a wokół kilka osób siedzi w skupieniu z zamkniętymi oczami i rękoma wokół odwróconego do góry dnem talerzyka. W powietrzu unosi się zapach kadzidełka, a ciszę przerywa tylko sporadycznie monotonny głos prowadzącego.
Takie sceny znamy z autopsji bądź filmu czy telewizji. Wywoływanie duchów zmarłych jest jedną z najstarszych praktyk religijnych ludzkości. Było także znane w czasach Starego Testamentu:

Wtedy rzekł Saul do swoich sług: Poszukajcie mi kobiety wywołującej duchy, a pójdę do niej i zapytam się jej. (1 Sam. 28:7)

Niewielu z nas ma chyba wątpliwości, co Bóg myśli o takiej formie kontaktu z zaświatami:

Niech nie znajdzie się u ciebie taki, który przeprowadza swego syna czy swoją córkę przez ogień, ani wróżbita, ani wieszczbiarz, ani guślarz, ani czarodziej, ani zaklinacz, ani wywoływacz duchów, ani znachor, ani wzywający zmarłych; gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni. (5Mojż. 18:10-12)

Pomimo jasnej woli Boga w tej sprawie wielokrotnie różni ludzie próbowali przekraczać granicę pomiędzy światem żywych i umarłych. Co ciekawe, miało to miejsce nie tylko od naszej strony tej granicy:

I stało się, że umarł żebrak, i zanieśli go aniołowie na łono Abrahamowe; umarł też bogacz i został pochowany. A gdy w krainie umarłych cierpiał męki i podniósł oczy swoje, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. Wtedy zawołał i rzekł: Ojcze Abrahamie, zmiłuj się nade mną i poślij Łazarza, aby umoczył koniec palca swego w wodzie i ochłodził mi język, bo męki cierpię w tym płomieniu. Abraham zaś rzekł: Synu, pomnij, że dobro swoje otrzymałeś za swego życia, podobnie jak Łazarz zło; teraz on tutaj doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. I poza tym wszystkim między nami a wami rozciąga się wielka przepaść, aby ci, którzy chcą stąd do was przejść, nie mogli, ani też stamtąd do nas nie mogli się przeprawić. I rzekł: Proszę cię więc, ojcze, abyś go posłał do domu ojca mego. Mam bowiem pięciu braci, niechaj złoży świadectwo wobec nich, aby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Rzekł mu Abraham: Mają Mojżesza i proroków, niechże ich słuchają. A on rzekł: Nie, ojcze Abrahamie, ale jeśli kto z umarłych pójdzie do nich, upamiętają się. I odrzekł mu: Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, też nie uwierzą. (Łuk. 16:22-31)

Bogacz z powyższej historii prosił, by ktoś ze zmarłych wrócił na ziemię i skontaktował się z jego żyjącymi jeszcze braćmi. Interesująca jest odpowiedź, jaką uzyskał – byłoby to bezużyteczne! Jeśli żyjący ludzie lekceważą objawione przez samego Boga Słowo, to kontakt ze zmarłymi, nawet jeśli byłby możliwy, nic im nie da.

Przenieśmy się teraz w inną scenerię: przyjemny chłód kaplicy, płoną świece, w centralnym miejscu trumna z otwartym wiekiem. Znak krzyża sugeruje, że zebrani wokół ludzie to chrześcijanie modlący się do swego Boga. Gdy przysłuchamy się jednak głosom odpowiadającym prowadzącej modlitwę starszej kobiecie, co usłyszymy? „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”

Gdyby rzeczona Maria należała do świata żywych, tego rodzaju wezwanie nie byłoby niczym dziwnym. Po prostu zwracamy się do bliźniego o modlitwę wstawienniczą za nami. Praktyka taka często znajduje się na kartach Biblii. Niewielu jednak ludzi uważa Marię za osobę żyjącą na ziemi. Co więc robią ci ludzie, kilkadziesiąt razy powtarzając powyższe wezwanie? Oni wywołują duchy, oni wzywają zmarłych! Choć jest to oczywisty fakt, katolicy, o dziwo, go nie dostrzegają. Nie widzą, że wzywając Marię czy innych zmarłych „świętych”, popełniają obrzydliwość w oczach Boga.

Dlaczego takie praktyki rozpowszechniły się w katolicyzmie i prawosławiu?
Po pierwsze, jest to spuścizna pogańska – gdy chrześcijaństwo stało się religią urzędową Imperium Rzymskiego, metodą kija i marchewki masowo nawracano dotychczasowych politeistów. Nie zadawano sobie nawet wielkiego trudu, by zmieniać ich dotychczasowe praktyki i przyzwyczajenia, a jedynie przechrzczono posągi stojące w przemianowanych na kościoły pogańskich świątyniach. Zeusa nazwano św. Piotrem, Izydę Marią i tak dalej. Aż dziw, jakie to proste – nie trzeba było dokonywać wielkiej rewolucji moralnej czy religijnej, a lud już jest chrześcijański!

Drugi czynnik ma wymiar jeszcze bardziej prozaiczny. Na takim pojmowaniu i praktykowaniu religii można nieźle zarobić. Wytwórcy posągów czy obrazów mają zajęcie i z pewnością nie poskąpią grosza na kastę kapłanów, która utrzymuje prosty lud w wierze, że warto kłaniać się ich wytworom i je nabywać. Pierwotne chrześcijaństwo niepotrzebnie wchodziło w konflikt zarówno z wywoływaczami duchów, jak i czcicielami rzeźb i posągów. Denerwowanie biznesu relikwii było bardzo niebezpieczne i mogło skończyć się tragicznie – szczególnie jeśli udało się podburzyć tłum i wprowadzić go w „pobożny szał”:

W owym czasie powstała niemała wrzawa z powodu drogi Pańskiej. Albowiem pewien złotnik, imieniem Demetriusz, który wyrabiał srebrne świątynki Artemidy i zapewniał rzemieślnikom niemały zarobek, zebrał ich oraz robotników podobnego rzemiosła i rzekł: Mężowie, wiecie, że z tego rzemiosła mamy nasz dobrobyt; widzicie też i słyszycie, że ten Paweł nie tylko w Efezie, lecz nieomal w całej Azji namówił i zjednał sobie wiele ludzi, mówiąc, że nie są bogami ci, którzy są rękami zrobieni. Zagraża nam tedy niebezpieczeństwo, że nie tylko nasz zawód pójdzie w poniewierkę, lecz również świątynia wielkiej bogini Artemidy będzie poczytana za nic, i że ta, którą czci cała Azja i świat cały, może być odarta z majestatu. A gdy to usłyszeli, unieśli się gniewem i krzyczeli, mówiąc: Wielka jest Artemida Efeska. I napełniło się miasto wrzawą, i ruszyli gromadnie do teatru, porwawszy z sobą Gajusa i Arystarcha, Macedończyków, towarzyszów Pawła. (…)Tymczasem jedni to, drudzy owo wykrzykiwali, bo zebranie odbywało się w nieładzie, a większa część nawet nie wiedziała, z jakiego powodu się zebrali. I wypchnięto z tłumu Aleksandra, którego Żydzi wysunęli do przodu, Aleksander zaś, skinąwszy ręką, chciał się bronić przed ludem. Lecz gdy poznali, że jest Żydem, rozległ się z ust wszystkich jeden krzyk, który trwał około dwóch godzin: Wielka jest Artemida Efeska! (Dz. Ap. 19:23-34)

„Następcy” apostołów z późniejszych czasów postanowili poprawić niedociągnięcia strategii pierwszego wieku. Rozwiązanie było przecież takie oczywiste – czy ta Artemida nie mogła zostać na ten przykład Marią Efeską? I wilk syty, i owca cała? Mówią, że ten Paweł taki mądry był – a tak prostego rozwiązania nie wymyślił!

Dziwnym zrządzeniem w katolicyzmie modlitwy do Marii i świętych oraz tzw. zamawianie mszy wiążą się ze śmiercią bliskich osób. Bardzo łatwo zobaczyć związek przyczynowo-skutkowy – czy ktoś pożałuje grosza dla dobra ukochanej osoby? Czy nie odejmie sobie nawet od ust, by ulżyć w pośmiertnym losie matki, brata, ojca, syna, żony, męża??

W Biblii nie ma NAJMNIEJSZEJ WZMIANKI, że nasze pobożnościowe uczynki mogą cokolwiek wskórać w sprawie zbawienia drugiego człowieka, a wręcz przeciwnie:

Przecież brata żadnym sposobem nie wykupi człowiek ani też nie da Bogu za niego okupu,
bo okup za duszę jest zbyt drogi i nie wystarczy nigdy (Ps. 49:8-9)

Biblia pełna jest zapewnień, że zbawienie człowieka rozstrzyga się tylko i wyłącznie na podstawie jego suwerennej decyzji uwierzenia, bądź nie, w zastępczą śmierć Jezusa za jego grzechy:

A takie jest to świadectwo, że żywot wieczny dał nam Bóg, a żywot ten jest w Synu jego. Kto ma Syna, ma żywot; kto nie ma Syna Bożego, nie ma żywota. To napisałem wam, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli, że macie żywot wieczny. (1 Jan. 5:11-13)

Mimo to katoliccy oszuści mamią ludzi swoimi wymysłami o czyśćcu, odpustach i modlitwie za skrócenie mąk zmarłych. W czasach Lutra jeden z wędrownych handlarzy losem zmarłych tak zapewniał naiwnych: „Ledwie moneta w skarbonie zabrzęczy, już jedna dusza mniej w czyśćcu się męczy”.

Gdy w okolicy 1 listopada odwiedzą Państwo cmentarze, także i dziś spotkają tam Państwo jego kolegów po fachu sprzedających ulgę w czyśćcowych cierpieniach – tzw. wypominki. O dziwo, współcześni luteranie podpisali z Rzymem Wspólną deklarację w sprawie nauki o usprawiedliwieniu, gdzie stwierdzają: „między luteranami i katolikami istnieje konsens w podstawowych prawdach dotyczących nauki o usprawiedliwieniu”.

Tak więc katolicy, jak przed wiekami, pójdą na cmentarze zakupić dla swych zmarłych wypominki, a luteranie uczczą w swych kościółkach Dzień Reformacji (31 października) i wszyscy będą udawać ekumeniczną jedność.
W jakich to podłych czasach przyszło nam żyć!