Polityką interesowałem się od dziecka. We wczesnej podstawówce z wypiekami na twarzy słuchałem opowieści ciotki z Gdyni o popisach band towarzysza generała w roku 1970. I tak mi zostało do dziś. Dotychczas byłem niejako biernym obserwatorem sceny politycznej. Od przeszło roku jestem, że tak powiem, jej amatorskim uczestnikiem. W związku z tym mam kilka obserwacji.

Polityka walką o ideały?
Choć niewielu ludzi w Polsce ma jeszcze złudzenia, to nieliczni tak sądzą. Rzeczywistość jest jednak taka, że nawet ideowi politycy walczą co najwyżej o drobne zmiany w kierunku ideałów. Polska, a zapewne i wiele innych państw, jest tak opleciona rozrostem wzajemnych powiązań urzędowo-prawnych, finansowych, personalnych i służbowych, że wszelkie gwałtowne ruchy są szkodliwe lub niemożliwe. Przypomina to bagno. Z opowiadań wiem, że w bagnie nie należy wykonywać gwałtownych ruchów. One tylko przyspieszają koniec. Wyrwanie z grzęzawiska możliwe jest tylko w wyniku bardzo niewielkich i powolnych ruchów – a i tak, gdy się wydostaniemy, cali jesteśmy obłoceni. Podobnie w polityce, zrealizowanie jakiegoś dobrego celu wymaga serii przeróżnych drobnych, niby nic nieznaczących czy niezwiązanych z celem ruchów w nadziei na odległy sukces. Gdy się nawet go odniesie, to okazuje się, że jesteśmy oblepieni czymś nieprzyjemnym…

Zamiar, siły i środki
Kiedyś Stańczyk udowodnił, jaka profesja ma w Polsce najliczniejszych przedstawicieli. Obwiązał sobie twarz jakimś gałganem i chodził po krakowskim rynku, lamentując, jak go boli ząb. Nie muszę kończyć, ile recept uzyskał…

W polityce mamy do czynienia z tym samym – wszyscy mają wspaniałe pomysły, jak to trzeba zrobić. Otrzymuję dziesiątki rad, pomysłów, wezwań i napomnień od życzliwych. Taki życzliwy, kiedy podzieli się swoją rewelacją, zasiada wygodnie w fotelu z satysfakcją, że spełnił swój obywatelski obowiązek. Gdy delikatnie pytam, kto miałby to zrobić, kto miałby za to zapłacić, jak skłonić media, by to przekazały, życzliwy odburkuje, że on nie wie, ale ja powinienem to wiedzieć! Niestety, jako ludzie podlegamy ograniczeniom. Ograniczają nas prawa przyrody, 24-godzinna doba i takie tam. Nie jest więc ważne, co zaplanujemy, czy czego chcemy, ale tylko i wyłącznie to, co zrealizujemy! Wiedział to doskonale Salomon: “Serce przewrotne zadowala się swoimi zabiegami, serce dobre dopiero swoimi uczynkami.” Przyp. 14:14

W politycznym bagnie większość uczciwych ludzi porusza się w obrębie bardzo niewielkich możliwości praktycznych. Stąd z dużo większą ostrożnością należy wydawać sądy i oceny co do ich pracy i dokonań.

Naiwność
Prostak wierzy każdemu słowu, lecz roztropny zważa na swoje kroki. Przyp. 14:15. Znowu zacząłem od klasyka mądrości, także politycznej. Ale któż trafniej i zwięźlej formułuje myśli?

Dzisiejsza polityka jest sztuką zwodzenia prostaczków. Od dwudziestu lat te same twarze obiecują ciągle nowe gruszki na wierzbie, zmieniają partie i poglądy, a i tak lud je wybiera. To oczywista oczywistość. Ale jest jeszcze bardziej ukryta forma zwodzenia. Są politycy, którzy mówią mądre i słuszne rzeczy, którzy oddają stan naszych myśli i pragnień – ale tylko kiedy mówią. Gdybyśmy spojrzeli na ich czyny, gdybyśmy rozliczyli ich z owoców ich politykowania, gdybyśmy nie sądzili z pozoru, ale sądzili sprawiedliwie (Jan. 7:24), jak nakazuje Jezus, to tacy ludzie, jak przykładowo: Roman Giertych, Marek Jurek, Janusz Korwin-Mikke, Henryk Goryszewski, Marian Krzaklewski, wzbudziliby naszą poważną niechęć. Po prostu, do polityki nie wystarczy tylko serce, trzeba mieć też głowę na karku.

Czy warto?
Na to pytanie nie mam jeszcze jasnej odpowiedzi. Patrząc egoistycznie, nie warto. Bilans osobistych zysków i strat wypada zdecydowanie negatywnie. W polityce coś jednak jest, co niektórych ludzi pociąga. Nie mówię tu o “politykach” w rodzaju PO-słanki Sawickiej, która w rozmowie z agentem Tomkiem bez żenady stwierdzała, że ona to może być i senatorem – żadnej pracy się nie boi. Chyba, że to praca za friko. W to absolutnie nie wchodzi… Istnieje jednak pewna grupa ludzi, którzy niosą w sobie jakieś poczucie odpowiedzialności za bieg wypadków, za losy czegoś więcej niż samego siebie. Ci ludzie powinni poważnie rozważyć taki rodzaj służby. Dla przypomnienia – minister (z łac.) znaczy sługa…

Pastor Paweł Chojecki

Magazyn iPP nr 67, luty 2010