Żyjemy na takim zakręcie historii, że stare poczucie sprawiedliwości poważnie zawodzi. Za czynienie dobra tradycyjnie spodziewamy się pochwały, czasami nagrody. Dziś niestety musimy liczyć się raczej z jego przykrymi konsekwencjami…

Piekarz, który dawał za darmo pieczywo biednym, w wyniku działań urzędników skarbowych splajtował. Dziennikarz, który kilkanaście lat temu napisał prawdę o założonej przez Kiszczaka gazecie, do dziś jest sekowany. Filmowiec, który nakręcił film obnażający smutną prawdę o „bohaterze” naszej najnowszej historii, spotkał się z odmową emisji zamówionego przez publiczną telewizję filmu i sam musiał pokryć koszty jego realizacji. Pracownik IPN publikujący książkę niewygodną dla sztucznie podtrzymywanego mitu Okrągłego Stołu pożegnał się z pracą. Kandydat sił wolnościowych na prezydenta jednego z miast wojewódzkich po przegranych wyborach został zwolniony z pracy, podobnie jego Narzeczona. Można jeszcze bardzo długo ciągnąć listę przedsiębiorców, dziennikarzy, społeczników i zwykłych ludzi, którzy zostali poważnie skrzywdzeni za wiarę w to, że w wolnej Polsce dobro, prawda, pracowitość (i tym podobne staroświeckie dyrdymały) spotkają się z przychylnością lub przynajmniej neutralnością władz.

Czy działania na niwie duchowej są wolne od tego rodzaju uwagi władz? To zależy, czy się władzy podobają. Jeśli twój kościół, nawet protestancki, angażuje się w ekumenizm, cieszy się z „dobrodziejstw” Unii Europejskiej, trzyma się zgodnie ze starymi zaleceniami SB z dala od polityki (wolno mu jedynie popierać postęp i różnorodność), to może nawet liczyć na promocję w telewizji. Oto zdanie w tej sprawie niekwestionowanych i osobiście ubłogosławionych za właściwą postawę „autorytetów”:

Nie zdajemy sobie sprawy, jak silnie promuje nas, jako Kościół baptystyczny w Polsce, nasza obecność w Polskiej Radzie Ekumenicznej, a dzięki temu członkostwu m.in. nasza obecność w publicznym radiu i telewizji. prezbiter KChB Andrzej Seweryn, “Słowo Prawdy”


Zważmy na fakt, iż ustawową regulację stosunków państwo-Kościół otrzymały w pierwszym rzędzie Kościoły przynależące do PRE. To samo spostrzeżenie odnosi się do dostępu do telewizji publicznej, nauki religii w szkołach, pełnienia misji duszpasterskiej w więzieniach czy innych instytucjach prowadzonych przez władze publiczne. Wiele innych Kościołów chciałoby korzystać z tych możliwości, a jednak z racji bycia z dala od ruchu ekumenicznego natrafiają w tym względzie na poważne przeszkody. (Profesor wie, co mówi – potwierdzam z uściśleniem: nie na „poważne przeszkody”, a wręcz celowo postawione bariery nie do pokonania. P.Ch.) prof. Tadeusz Zieliński, “Słowo Prawdy”

Kościoły wierne Jezusowi były pozostawiane na uboczu głównego nurtu, nie pomagano im, ale i specjalnie nie przeszkadzano, licząc na powolny uwiąd. Opieka Jezusa jest jednak pewniejsza niż opieka razwiedki – środowiska wyklęte zaczynają niebezpiecznie podnosić głowy. Należy spodziewać się zdecydowanych działań? Są już tego pewne symptomy. Znam Kościół, który w ostatnich latach dwukrotnie próbowano nastraszyć szykanami władzy (rewizja w siedzibie, umieszczenie na publikowanej przez MSWiA liście antysemitów, ksenofobów i rasistów). Tej garstce dziwaków ubzdurało się, że mogą w wolnej Polsce korzystać ze spisanych w Konstytucji wolności i zaczęli wydawać nieprawomyślne pisemko. Na ostatniego Mikołaja Władza zaserwowała im kontrolę skarbową w sprawie VAT. Dzielni inspektorzy, nie mogąc znaleźć haka wśród dokumentów (cóż można znaleźć przy miesięcznym budżecie niewiele przekraczającym 3 tys. zł i pokrywanym w większości z ofiarnych składek przeróżnych marzycieli?) zagrozili misternym manewrem: „oskarżymy Kościół o wyłudzanie podatku VAT, motywując to… niską sprzedażą pisma; podejrzewamy, że członkowie Kościoła mogą wykorzystywać niesprzedany nakład do własnych korzyści”… Gdyby ten Kościół wszedł na drogę ekumenii i eurouwielbienia, mógłby sobie zapewne bez przeszkód handlować sprowadzanymi bez cła samochodami czy robić inne intratne interesy z pominięciem lub naciąganiem prawa. A tak, choć do interesu dokłada co miesiąc kilka tysięcy, jest oszustem i wyłudzaczem. Idee mają przecież swoją cenę…

Trzeba się przygotować na „nieznanych sprawców”, przypadkowe awarie w samochodach i inne atrakcje z arsenału rzekomo minionej epoki. Czy jesteśmy na to gotowi? Tu nie ma chojraczenia i zbiorowej deklaracji. Tu każdy musi sobie na to pytanie odpowiedzieć osobiście zgodnie z radą Jezusa:

Któż bowiem z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie najpierw i nie obliczy kosztów, czy ma na wykończenie? Aby gdy już położy fundament, a nie może dokończyć, wszyscy, którzy by to widzieli, nie zaczęli naśmiewać się z niego, mówiąc: Ten człowiek zaczął budować, a nie mógł dokończyć.

Albo, który król, wyruszając na wojnę z drugim królem, nie siądzie najpierw i nie naradzi się, czy będzie w stanie w dziesięć tysięcy zmierzyć się z tym, który z dwudziestoma tysiącami wyrusza przeciwko niemu? Jeśli zaś nie, to gdy tamten jeszcze jest daleko, wysyła poselstwo i zapytuje o warunki pokoju. Tak więc każdy z was, który się nie wyrzeknie wszystkiego, co ma, nie może być uczniem moim, dobrą rzeczą jest sól; jeśli jednak sól zwietrzeje, czym ją przyprawić? Łuk. 14:28-34


oraz z zapewnieniem apostoła Pawła:


Tak jest, wszyscy, którzy chcą żyć pobożnie w Chrystusie Jezusie, prześladowanie znosić będą. 2 Tym. 3:12

Cena idei ma też materialny wymiar
Pewien zasłużony dla wolności Twórca, który za przekonania popadł w wiadome innym tarapaty finansowe, zapytany przeze mnie, jakiej doznaje pomocy od Rodaków, odparł z sarkazmem:
„Plecy mnie bolą od poklepywania…”

Niestety, mamy taką cechę narodową, że w czasie pokoju nie potrafimy się skrzyknąć wokół wartościowych przedsięwzięć i celów. Poprzestajemy na poklepywaniu po plecach. Potem wielką cenę płacimy na wojnie. Narody mądre stosują odwrotną zasadę: „Chcesz pokoju, gotuj się do wojny”.

Ta skaza narodowa przeniosła się także do dziedziny duchowej. Z czasów reformacji słynny jest przykład wydania tzw. Biblii brzeskiej. Miała ona powstać jako wspólne dzieło finansowe ewangelickich zborów w Rzeczypospolitej. Nie doczekalibyśmy się jej. Dzięki Bogu mieliśmy wtedy jeszcze oddaną ideom klasę wyższą. Jeden człowiek, książę Mikołaj Radziwiłł Czarny, zgorszony sknerstwem współbraci w wierze, sam sfinansował całe bardzo kosztowne przedsięwzięcie.

W trakcie kolejnych stuleci straciliśmy klasę wyższą i średnią, lata PRL i PRL-bis doprowadziły do zubożenia społeczeństwa, a do tego doszła jeszcze mentalność wyciągniętej ręki. Za komuny większość przedsięwzięć protestanckich była finansowana z pieniędzy kościołów zza Żelaznej Kurtyny. Wykształciło się w nas myślenie w kategoriach niemożności i wypatrywania pomocy z zewnątrz. Wierne dawanie pieniędzy na sprawy Boże nie jest najmocniejszą stroną polskich chrześcijan…

Bez nich jednak idee nie zwyciężą. Nie wystarczy pomysł czy zapał garstki zapaleńców. Potrzebne są środki finansowe, które pozwalają skutecznie szerzyć idee. Wyjście jest jedno – te pieniądze muszą się znaleźć w naszych kieszeniach. Trafnie to ujęła jedna z uczestniczek niedawnego spotkania ze Stanisławem Michalkiewiczem, gdy z sali rozległy się głosy narzekania na przeróżne niemożności: „Pieniądze się znajdą. My je mamy. Nie trzeba dużych sum, wystarczy, że będziemy kupowali gazety i książki reprezentujące nasze poglądy”.

Oczywiście wspaniale byłoby, gdyby w Polsce znaleźli się mecenasi na miarę wspomnianego Radziwiłła. W obecnym nomenklaturowym pseudokapitalizmie nie liczyłbym jednak na to. Wszyscy prawdziwie bogaci muszą opłacać się nowej mafii – „grupie trzymającej władzę”. Przykład Romana Kluski, który tego odmówił, jest aż nadto wymowny.

Naszą nadzieją są tysiące zjadaczy chleba, którzy poświęcą drobną kwotę, by wesprzeć idee, w które wierzą. Bez Was te idee się nie przebiją. Wybór jest prosty: poklepiesz po plecach czy udzielisz realnej pomocy?

Magazyn iPP 54, styczeń 2009