Chrześcijanin powinien ograniczać swoją działalność do sfer czysto religijnych i w budynkach kościelnych. Nie powinien angażować się w żadne działania społeczne poza kościołem, a o polityce może myśleć tylko w kategoriach poparcia dla sprawiedliwej władzy ludu pracującego miast i wsi. Przecież Jezus był pierwszym socjalistą…

Wydawałoby się, że czasy PRL dawno minęły. Jednak mentalność całego społeczeństwa, a protestanckich środowisk kościelnych w szczególności, nie uległa głębokim przemianom.

Do dziś słyszy się, że zaangażowanie polityczne wierzących jest nie na miejscu. Jeśli już się je akceptuje, to tylko w partiach lewicujących i aktualnie będących u władzy. Działalność opozycyjna, choć legalna, postrzegana jest jako wywrotowa i przez to zła. Prawica stereotypowo zrównywana jest z faszyzmem, rasizmem lub antysemityzmem.

Praktyka zaangażowania obywatelskiego protestantów jest więc bardzo mizerna. Ogranicza się co najwyżej do dystrybucji zagranicznej pomocy charytatywnej. Udział w wyborach jest niewielki, a jeśli występuje, to z korzyścią dla lewicy. Polityczne preferencje sporej części polskich protestantów kształtuje lewicowy i antykatolicki periodyk „Fakty i Mity”.

Ci, którzy w zamiarze Jezusa mają być „solą ziemi”, w dużej części ją zaśmiecają lub chowają się w przysłowiowej „mysiej dziurze”.

Nietrudno o efekty duchowe takiego stanu rzeczy. Kościoły protestanckie marnieją i sukcesywnie tracą wiernych. Głos polskich pastorów nie jest słyszalny w przestrzeni publicznej z wyjątkiem jakichś krótkich ekumenicznych spektakli. Myśl protestancka nie jest obecna w debacie publicznej, a przeciętny Polak dostaje o nas pośrednią, zniekształconą informację. Czy na tym ma polegać zdobycie Polski dla Chrystusa?!

Zgadzam się, że w kościołach dzieje się dużo dobrych rzeczy. Ale nasz głos ma być słyszalny wśród tych, którzy do kościoła nigdy nie przyjdą. Co więcej, ma być słyszalny w kluczowych środowiskach naszego narodu. Spójrzmy na przykład apostoła Pawła. Gdy przybywał w nowe strony, starał się koncentrować swoją służbę na stolicy regionu, starał się poznać jego kulturę i zwyczaje, starał się określić, gdzie spotykają się wpływowi przedstawiciele tego narodu i gdzie są miejsca debaty publicznej. Po takim przygotowaniu uderzał celnie i szybko, nasycał „wywrotowymi” treściami kolejną krainę. Sporą część dzisiejszych protestantów można porównać raczej do uczniów zamkniętych w wieczerniku niż do pełnego Ducha i strategicznie myślącego „najmniejszego ze wszystkich apostołów” (1 Kor 15,9).

Spójrzmy na historię misji. Przez dziesiątki lat Indie były twierdzą, od której obojętnie odbijały się wysiłki kilku pokoleń misjonarzy. Nie, nawróceń i chrztów nie brakowało. Były ich niekiedy tysiące. Cóż z tego, kiedy nowi wierzący rekrutowali się głównie spośród kasty nietykalnych i po nawróceniu, niezdolni do samodzielnego życia w społeczeństwie, tworzyli kolonie wokół stacji misyjnych zdani na utrzymanie misjonarzy i całkowicie wyizolowani ze społeczeństwa. Po krótkim czasie służbę duchową misjonarzy zastępowała coraz bardziej służba charytatywna.

W 1830 r. swoją działalność w Indiach rozpoczął Aleksander Duff. Odrzucił dotychczasowe schematy pracy misyjnej, widząc ich nieskuteczność. Wiedział, że kluczem do ewangelizacji Indii jest dotarcie do jej elit. Nie poszedł na ilość, ale skoncentrował się na jednostkach – za to bardzo szczególnych. Dostrzegł zapotrzebowanie wśród wpływowej inteligencji indyjskiej na wiedzę o kulturze Zachodu. Założył więc świecką szkołę dla dzieci tamtejszej elity. Nie muszę dodawać, że jednym z tematów było poznanie Biblii jako filaru naszej cywilizacji. Nie mógł poszczycić się masami nawróconych – choć przez jego szkołę przewinęło się kilka tysięcy słuchaczy, tylko trzydzieści trzy osoby uwierzyły w Jezusa. To jednak wystarczyło, by poważnie zmienić nastawienie do chrześcijaństwa wśród młodego pokolenia wpływowych mieszkańców subkontynentu.

(Uprzedzając krytykę, zaznaczę, że nie jestem przeciwny służbie charytatywnej ani ewangelizacji wyrzutków społecznych. Musimy jednak myśleć w skali całego narodu, a tu kluczem są jego kręgi opiniotwórcze. Parafrazując Pismo, musimy „te rzeczy czynić, a tamtych nie zaniedbywać”.)

Popatrzmy na historię. Ilu pastorów zajmowało się zarówno służbą w kościele, jak i na niwie społeczno-politycznej? Nie chodzi tylko o wspaniałe czasy Reja czy Łaskiego, ale i lata bardzo nam bliskie.


Dietrich Bonhoeffer (1906-1945), jeden z najbardziej znanych pastorów niemieckich ubiegłego wieku, zdolny teolog, publicysta, ale przede wszystkim duszpasterz – tej służbie poświęcił się, rezygnując z kariery naukowej – nie pozostawał obojętny na przemiany polityczne, które dotknęły Niemcy w latach trzydziestych. Już w 1934 roku przewidział wybuch wojny i czynnie występował przeciw ideologii socjalizmu narodowego oraz ryzykował życie, ratując Żydów. W 1939 r. podjął polityczne rozmowy z Anglikami i Amerykanami jako przedstawiciel sił antyhitlerowskich. Po powrocie do Niemiec w 1940 roku nawiązał współpracę z dowódcą Abwehry admirałem Canarisem i spiskował w celu obalenia Hitlera (gestapo wykryło jego udział w zamachu w Wilczym Szańcu z 20 lipca 1944 roku. Stracono go na osobisty rozkaz Führera wraz z admirałem Canarisem na miesiąc przed zakończeniem wojny). W więzieniu formułuje swoją wizję niesienia ewangelii zeświecczonemu społeczeństwu znaną jako „bezreligijne chrześcijaństwo”.

Ludwik Szenderowski jr, znany polski pastor z połowy ubiegłego wieku, zgłosił się na ochotnika do Armii Krajowej, czego mu władza ludowa nie wybaczyła. Na jego przykładzie zilustruję zjawisko, którego skutki do dziś nas dręczą:

„Prześledźmy fakty:
– luteranie mieli w swoich szeregach nie tylko ks. Zygmunta Michelisa, bezgranicznie oddanego UdSW, lecz także ks. Jana Szerudę, który opór wobec władzy przypłacił utratą przywództwa w Kościele Ewangelicko-Augsburskim,
– reformowani reprezentowani byli nie tylko przez entuzjastę socjalizmu w latach pięćdziesiątych ks. Jana Niewieczerzała (później wyraźnie zdystansowanego do tej ideologii), lecz również przez ks. Bogdana Trandę, duszpasterza ewangelików internowanych w stanie wojennym,
– o postawie metodystów wobec władz nie może przesądzać frakcja „pastorów-demokratów” z pastorami Witoldem Benedyktowiczem i Marianem Lubeckim, ponieważ mieli oni politycznych adwersarzy w osobach pastorów Józefa Szczepkowskiego i Leonida Jesakowa broniących suwerenności Kościoła Metodystycznego,
– adwentystów reprezentował z jednej strony pastor Jan Kulak, znany ze ścisłej współpracy z bezpieką, ale także Franciszek Stekla, zmuszony z powodów politycznych do działalności religijnej w podziemiu,
– wyznawcy nurtu ewangeliczno-baptystycznego jedynie nominalnych przywódców mieli w osobach Stanisława Krakiewicza i Pawła Bajeńskiego. Faktyczni liderzy: Jerzy Sacewicz i Ludwik Szenderowski przebywali w tym czasie w więzieniu.”
„Kościoły, polityka, historia. Ze studiów nad problemami mniejszości wyznaniowych w Polsce w XX i XXI wieku”, red. Stefan Dudra, Olgierd Kiec, SEMPER 2009.

Miejsce oddanych Bogu i ludziom pastorów zajęli kolaboranci i duchowe karły. Kilkadziesiąt lat pod dyktando swoich oficerów prowadzących deprawowali wiernych, doprowadzając do stanu opisanego na wstępie. Do dziś kościoły nie dokonały wyraźnego rozrachunku i potępienia zdrady. Wpływ starych pastorów-agentów wcale się nie skończył. Wychowali swoich następców, a i sami do dziś wywierają decydujący wpływ na swoje wyznania. Przykładem niech będzie biskup Jagucki zdemaskowany i zdymisjonowany z kierowania kościołem luterańskim dopiero w zeszłym miesiącu!! Co ciekawe, w głosowaniu za wotum zaufania dla tego tajnego współpracownika o pseudonimie „Janusz” opowiedziało się 26 na 64 członków Synodu Kościoła! Prawie połowa najwyższych autorytetów tego wyznania chciała pozostawić na urzędzie agenta. Czy nie potwierdza to mojej tezy o wychowaniu kontynuatorów „esbeckiej myśli teologicznej”? Przypadek luteran nie jest z pewnością odosobniony.

Magazyn Idź Pod Prąd 67, luty 2010