Słowa Żyd czy Izrael wzbudzają wśród części polskich patriotów „stan podwyższonej obawy”, jeśli nie jawną wrogość. Od elity narodu wymaga się jednak myślenia racjonalnego i perspektywicznego. Spróbujmy właśnie w taki sposób spojrzeć na tytułowe pytanie.

Obecnie wróciliśmy już do późnego PRL-u, a kolejne ekscesy służb, policji (czy lepiej milicji) i wymiaru „sprawiedliwości” dowodzą, że możemy się jeszcze cofnąć w czasie. Nasze prawicowe wymachiwanie szabelką nie przeszkodziło w tym procesie. Trzeba na sprawę spojrzeć trzeźwo – jak po upadku Powstania Kościuszkowskiego nie mieliśmy już żadnych realnych szans na samodzielne odzyskanie niepodległości, tak samo jest teraz.

Wtedy pojawiła się pomoc z zewnątrz – La Grande Armee Napoleona. Polacy stanęli mężnie i lojalnie przy jego boku i znowu powstała wolna Polska. Tak, w wersji kadłubowej, ale już w dwa lata po swym odrodzeniu samodzielnie pokonała Austriaka, odbijając Lubelszczyznę i Małopolskę. Gdyby nie klęska Napoleona, zapewne mielibyśmy niebawem znowu wolne i silne państwo.

Jaka jest dzisiaj szansa na podobny scenariusz? Jedyną siłą będącą w pewnej opozycji do naszych zaborców są Stany Zjednoczone Ameryki. Można na nie wybrzydzać, że niekatolickie, masońskie, imperialne i w ogóle „be”, ale czy mamy coś lepszego? Oczywiście na polskiej prawicy jest wielu głupców i agentów wpływu, którzy będą nam stręczyć Rosję jako gwaranta naszej ograniczonej niepodległości i rozwoju gospodarczego (dostęp do surowców i rynków zbytu). Niech oni najpierw przekonają do tej przyjaźni naszych oficerów z Katynia czy Żołnierzy Wyklętych, a wtedy pogadamy…

Jeśli więc nie chcemy być poddanymi „dobrych” carów, pozostaje nam znowu tylko wariant napoleoński – tym razem w wersji jankeskiej. Sprawa jednak nie jest taka prosta – musimy ich czymś do siebie przekonać. Napoleona przekonywali legioniści gen. Henryka Dąbrowskiego (jak Amerykanów nasze legie w Iraku i Afganistanie). To jednak by nie wystarczyło – Napoleon dopiero wtedy zdecydował się na poparcie sprawy polskiej, gdy potrzebował sojusznika w nowej wojnie. Ziemie polskie stanowiły pokaźne źródło tak potrzebnego Francji rekruta.

Podobnie i obecnie nasza krew na Bliskim i Środkowym Wschodzie nie była dla USA wystarczającym powodem, by nie dopuścić do Smoleńska czy upomnieć się o poległych sojuszników. Tu trzeba zacisnąć zęby i pamiętać, że w polityce rządzą interesy, nie sentymenty. Tak zachowali się nasi wielcy dowódcy po tym, gdy Napoleon skazał na zagładę legiony i nic nie zrobił dla sprawy polskiej, a w parę lat potem (1806) znowu wyszedł do nas z ofertą sojuszu. Generałowie Dąbrowski i Wybicki przystali na tę propozycję i tym razem się częściowo udało – mieliśmy Księstwo Warszawskie.

Jarosław Kaczyński jest dziś w bardzo podobnej sytuacji – od Baracka Obamy, który podczas pogrzebu jego najbliższych ostentacyjnie grał w golfa, otrzymuje propozycję: poprzecie nas w Afryce Północnej, pomożemy wam w konflikcie z Rosją.

Coś za coś. My tam (Afryka Północna) się angażujemy, chociaż nie mamy bezpośrednich interesów, ale Wy (USA) zaangażujcie się z powrotem tutaj, co by oznaczało powrót do tej polityki, której realizatorem był Lech Kaczyński. Jarosław Kaczyński, VI Zjazd Klubów „Gazety Polskiej”, 28 maja 2011r.

Obama rozpoczął w zeszłym roku nową wojnę skierowaną przeciw Rosji i Chinom. (O jej planach pisałem w październiku 2010 – „YANKEE COME HOME”, idź POD PRĄD nr 75) Afryka Północna jest tylko zamorskim terytorium, gdzie rozgrywa się ten konflikt. Nieprzypadkowo właśnie w Libii i Syrii (dominacja odpowiednio chińska i rosyjska) trwają najcięższe walki. W Europie Rosja ma tego samego sojusznika, co za Napoleona – Prusy. Nic dziwnego, że Niemcy (a z nimi kondominium zwane III RP) nie poparły ataku na Libię i nic dziwnego też, że prezydent Obama, objeżdżając ostatnio swoich europejskich sojuszników, ominął Berlin. Do Warszawy przybył, ale namiestnikowi kazał ponad pół godziny czekać w drzwiach jak lokajowi, a prawdziwą ofertę polityczną złożył przedstawicielowi środowiska polskich patriotów, Jarosławowi Kaczyńskiemu, bo tylko to środowisko może realnie poprzeć amerykańskie interesy w naszym regionie.

Tu jednak napotykamy na tytułowy problem. Ze względu na kogo Obama kazał czekać namiestnikowi, publicznie go upokarzając? W pogawędce z polskimi Żydami Obama usłyszał: Dbaj o Izrael. To jedyne żydowskie państwo, jakie mamy. Na co odparł: Izrael może zawsze na mnie liczyć. jewish.org

Napoleon miał swoje plany i interesy. Raz poświęcał polskie sprawy, raz ich bronił, a najczęściej wspierał częściowo – tak, by zrealizować także swoje cele. Chciał obłaskawić cara, dał mu Białostocczyznę, chciał pozyskać Prusaków – oddał im Gdańsk i Pomorze, chciał lojalności Saksończyków – dał im polską koronę. Ale nam dał skrawek państwa polskiego, na które nie mieliśmy szans wobec potężnych sąsiadów.

Dziś jesteśmy w analogicznej sytuacji. Pomoc może przyjść tylko ze strony USA. A USA mają swoje interesy i sojuszników, z których najważniejszym jest właśnie Izrael. Rozumie to Jarosław Kaczyński – na VI Zjeździe Klubów „Gazety Polskiej” powiedział bez ogródek:

Prezydent Obama przyjechał tu (do Polski – przyp. red.) w różnych sprawach (…), ale wynika to z pewnej sprawy bardzo w tej chwili aktualnej, przebiegającej spektakularnie, można powiedzieć burzliwej. Chodzi o sytuację na Bliskim Wschodzie. Tutaj Stany Zjednoczone potrzebują zaangażowania różnych państw. Potrzebują także zaangażowania Polski.

Na potwierdzenie tego „Rzeczpospolita” (11-12.06 br.) donosi, że premier Izraela Beniamin Netanjahu ma w najbliższym czasie odwiedzić Polskę, by prosić o blokowanie na arenie ONZ ogłoszenia niepodległości państwa Palestyńczyków.

USA mogą pomóc nam wstać z kolan i zacząć budować podwaliny wolnego państwa. Musimy jednak uznać ich pryncypia, a co za tym idzie – interes Izraela. Oznacza to: jednoznaczne zaangażowanie się w polityce zagranicznej po właściwej stronie; szerokie wpuszczenie Amerykanów, a może i Izraelczyków do eksploatacji gazu łupkowego (Poniatowski płacił Napoleonowi rekrutem, Kaczyński zapłaci Amerykanom gazem – miejmy nadzieję, że to wystarczy); wygaszenie konfliktu wokół żydowskich roszczeń majątkowych wobec Polski (patrz „gaz”). Wiem, że to ciężkie terminy, szczególnie że dziś, w przeciwieństwie do czasów Napoleona, kiedy polski patriota spiskował wraz z Jankielem przeciw ruskiemu carowi, Żyd kojarzy się większości Polaków z jadem „GazWyb” lub tzw. „żydokomuną” uosabianą przez Bermana, Morela, Wolińską czy Michnika. W tym miejscu warto zaapelować do środowisk żydowskich patriotów, by odcięli się od zbrodni i zaprzaństwa części swoich rodaków. To wydatnie pomogłoby w odbudowie zdrowych relacji pomiędzy Polakami a Żydami. Nie wiem jednak, czy to oczekiwanie jest realistyczne.

O Izraelu mówi się, że jest lotniskowcem USA nad Morzem Śródziemnym. Jeśli mądrze wykorzystamy bieżący czas, możemy stać się drugim takim lotniskowcem nad Morzem Bałtyckim. Jeśli jednak nie potrafimy się zjednoczyć wokół jedynej obecnie szansy na wolność, to pozostanie nam trwały powrót do PRL-u…